Wirtualny świat

Klik klik . com

Tak się składa, że zmuszony ostatnimi wydarzeniami, które napotkałem na swojej drodze – w przenośni i dosłownie. Skazany jestem na podróżowanie komunikacją miejską. Początkowo traktowałem to jako utrapienie i zło konieczne, lecz z czasem zacząłem spostrzegać plusy wśród minusów, które masowo na początku krążyły w mojej głowie. Przyzwyczaiłem się do wcześniejszego wstawania z łóżka, szybszego ogarniania się i po prostu zagęszczenia ruchów, bo autobus nie samochód nie odjedzie kiedy okoliczności mi na to pozwolą. Na przystanek autobusowy idę dłużej niż nim jadę ale ten fakt powala mi na rozmyślanie i pogłębianie swojej wiary poranną modlitwą, na jaką nie brakuje mi z racji drogi w tym wypadku czasu. (jak to brzmi… Brak na to czasu – do poprawy).

Pierwszy widok, który napotykam w autobusie to za każdym razem gdy wchodzę to ten przeszywający wzrok ludzi jadących do pracy, jak to ja bym był winien ich wkurwienia z konieczności jechania do roboty.

Kolejny, to te zasypane twarze zaopatrzone w ekrany telefonów. Telefonów, które śmiało uważam za utrapienie ludzkości i nałóg, który zdołał nieświadomie zawładnąć nami wszystkimi. W każdej wolnej nie zajętej niczym innym chwili sięgamy po telefon. Żeby coś sprawdzić, żeby spojrzeć co robią nasi znajomi, żeby popatrzeć czy przypadkiem nie przegapiliśmy od kogoś wiadomości. Angielskiego uczymy się z telefonu czy nawet fragmenty Biblii przychodzą do nas o poranku w aplikacji. Nie napisze, że robią tak wszyscy ale nie ja. Nie nie, piszę to również na swoim przykładzie. Sprawdzam wszystko na telefonie od ‚a do z’. Pomijając jednak portale ogólne, po to aby odciąć się całkowicie od polityki. Tego nienawidzę. No chyba, że usłyszeć jak Ci z którymi bardzo delikatnie sympatyzuję dokopali tym, których nie lubię i wyszła na jaw jakaś afera. (Sic! Jakie to sprzeczne z tym do czego nieustannie dażę). Czego nie przeczytam o polityce to słyszę w pracy. Bo to jeden z minimalnej ilości tematów o których jest jakakolwiek dyskusja. Wyłącznie biernie się przysłuchuję. Chcę mieć od tego czysta bańkę.

Wracając do mojego wywodu ‚wirtualno-komunikacyjno-miejskiego’. Nie jestem wyjątkiem i mam też konto na facebooku, instagramie. Sam też namiętnie uczestniczę w procederze maksymalnej cyfryzacji świata. Choć pewnie nie mam, to łudzę się, że jednak moja prywatność jest w moich rękach bo to ja decyduję komu i co udostępniam na swoich prywatnych profilach. Choć takie złudne poczucie prywatności trzyma mnie jakoś w tym świecie. Świecie na który nie mamy zupełnie żadnego wpływu jako element globalny. Tak jest i musisz się przystosować. Inaczej – jak żyć?

Sam staram się w miejscach publicznych w formie durnego manifestu i chęci pokazania, że jestem inny – nie używać telefonu. Jakie ogromne jest zdziwienie pośród osób wraz z którymi jadę autobusem jak z plecaka zamiast smartfona wyciągam… Książkę. Przeogromnym plusem podróżowania komunikacja miejską jest czas na skupienie się nad lekturą. Jak ja to polubiłem. Zazwyczaj to była jedna z ostatnich form spędzania wolnych chwil. Wcześniej jak wszyscy na wszystko – nie miałem czasu. Teraz mam go tyle, że czytam dwie pozycje dziennie. Jedna na drogę w jednym kierunku i druga na powrót. Czytając papierową wersję, a nie jak większość mając nos w telefonach czasami czuję się jak człowiek nie z tego świata. Nawet ludzie starszej daty są zdziwieni, że gość w tych czasach z książką w rękach. Dziwny przypadek.

Chcąc prowadzić tego bloga, postanowiłem zapisywać swoje myśli, które przychodzą mi do głowy w niespodziewanych czasami momentach i aby się nimi dzielić, aby nie puścić w zapomnienie to zapisuje kartki papieru. Tak kartki papieru, nie użyłem tego zwrotu jako przenośni ale jako fakt rzeczywisty. Wyciągam notesik i długopis. Wtedy to dopiero jestem ‚dinozaur’ pośród wsiadających na jednym z przystanków przy pobliskiej szkole ‚dronów’.

Właśnie… Szkoła, ‚drony’ – młodzież.

Lubię obserwować ludzi. Tych młodych wspomnianych przy okazji przystanku przy szkole, szczególnie. Patrzę, obserwuję i się obawiam. Nie tego dokąd ten świat zmierza, jakie są priorytety w szerokim konspekcie, życiowe cele tych młodych osób. Przysłuchuję się o czym rozmawiają i nie jest to żadna forma podsłuchiwania, bo tak ich buzię głośno kłapią, że nie trudno chcąc nie chcąc słyszeć ich dyskusje.

I się boję… Boję, że moje dziecko jak osiągnie wiek szkolny, będzie takie samo jak większość obecnych nastolatków.

Ostatnio wracając do domu byłem świadkiem dziwno/śmiesznej sytuacji. Stał na chodniku nastolatek (x) z dziewczyną w podobnym wieku i napotkali jakiegoś swojego znajomego (y) . Chłopaczek ‚X’ na widok swojego ziomka, mowi: ” jest sprawa, trzeba odjebać kogoś – ją”. I wskazuję na swoją koleżankę. Ja nic nie myśląc trochę zażenowanie-wkurzony, mowię: ”Debilu, Ty ją lepiej na randkę zaproś”. Co gangster od likwidowania skwitował durnym śmiechem. (I to na pewno nie z powodu urody koleżanki.)

Ten motyw potwierdził mój obraz i wyobrażenie o dzisiejszych dzieciakach. Oczywiście nie wszystkie pewnie takie są. Nie generalzuję.

Niby a raczej: na pewno (z zachowaniem nutki słowa ‚niby’). Wszystko zależy ode mnie, mojej małżonki. Ale środowisko szkolne, otoczenie będzie miało największy wpływ na rozwój charakteru i zachowanie mojego dziecka. Co to będzie? Jak przełamać, ten momentami negatywny wpływ? Co zrobić? Ale takie są dylematy rodziców. Chcemy i robimy wszystko aby było dobrze. Nie zawsze do końca mamy całkowity wpływ na wszystko. Ale walczymy, nie poddajemy się, kreujemy przyszłość oby jak najbardziej świetlaną i dobrą jak mam nadzieję we wszystkim co świadomie robimy.

”dokąd zmierzasz?”

PS. Delikatna korekta na blogu, postanowiłem, że jak mam się czymś dzielić to stworzyłem działy ‚kącik muzyczny’ i ‚recenzje’. Coś tam czasem się pojawi, co uznam za właściwe mające jakiś wpływ na mnie. Pisania ‚o wszystkim’ nie nazwę ‚publicystyką’ bo nie chce obrazać innych, określając tak swoje drobne wpisy.

Pozdrawiam serdecznie.

‚welcome to my world.’

Na początku się przywitam.

Od jakiegoś czasu w mojej głowie, mimo blisko 30 letniego stażu życiowego świadczącego raczej o konieczności zajmowania się rzeczami poważniejszymi, niż stukanie w klawiaturę smartfona w celu prowadzenia bloga. Narodził się pomysł, że wszelką ‚mądrość’ płynąca w mojej głowie fajnie byłoby puścić dalej. Podzielić się nią z kimś. Nawet jeżeli regularnym odbiorcą tych słów będzie jedna osoba z kilku znajomych, którzy znają moją tożsamość i dałem im znać, że wpadłem na taki dziwny pomysł. Jak również cieszyć mnie będzie, dla mnie anonimowy tak jak ja dla niego odbiorca moich przemyśleń, stanów i rozterek. Ale przede wszystkim po prostu traktuje to jako świadomą formę nazwijmy to małej zabawy w której mogę wyrzucić myśli z głowy. Wspominając o nich będę miał okazję ponownie je analizować i wyciągać (najlepiej jedyne trafne) wnioski.

Domena bloga może sugerować o tematyce i zamiłowaniu do sportu, ale nie do końca będzie wyłącznie o tym. Chociaż sport i to właściwie na każdej płaszczyźnie mnie szczególnie dotyczy.

Będzie o wszystkim: o ludziach, którzy mnie otaczają. O myślach kotłujących się w mojej głowie. O Bogu, rodzinie, życiu. Tym co mnie otacza i wspomnianym, szczególnym dla mnie sporcie (oczywiście obejdzie się bez tekstów w stylu: ‚Lewandowski na 8 miejscu w plebiscycie złotej piłki’. Czy opisywaniu wydarzeń sportowych że świata gdzie Małysz fiknął 150m, a Jordan machnął 100 punktów).

Sportowa głowa.

Mam przyjemność i jeszcze zdrowie (daj Boże jak najdłużej) brać udział w choć jedynie miejskich, to całkiem poważnych i coraz bardziej ‚mniej amatorskich’ rozgrywkach. Jeszcze z dobre trzy czy cztery miesiące temu traktowałem te zmagania jak sprawę życia i śmierci. Każda porażka i niepowodzenie wywoływały we mnie skrajne emocje i potrafiłem popaść w nie adekwatne wkurwienie. Jakbym przegrał finał Ligi Mistrzów grając w Barcelonie przeciwko Huraganowi Wołomin, jakbym został pokonany przez Pana Stefana hodowcę gołębi. I choć teraz każde niepowodzenie wywołuje we mnie złe emocje, to trwają one wyłącznie sekundy i udaje mi się wyciszyć zanim pięścią uderzę w mur z nieprawdopodobnej flustracji. Stałem się jak najwybitniejszy choć ciągle niedoskonały bo mający odchyły od normy ‚kwiat lotosu’.

Zawsze mówię sobie: ‚to tylko zabawa’ po czym zaciskam pięści i myślę ‚jazda z kur…’😁

Duchu Święty przyjdź.

W swoim życiu duchowym, mam jak w emocjonalnym w sporcie pewne skrajności. Jestem albo zagorzałym zagłębiającym się w Ewangelii katolikiem. Albo wręcz odwrotnie, stojącym obok biernym odbiorcą i powracającym do modlitwy’ bo tak trzeba’ chrześcijaninem.

Doskonale odnalazłem przyczynę takiego stanu rzeczy, wszystko przez to, że jest dobrze i wszystko się układa. Słowa ‚Jak trwoga to do Boga’ są chyba idealnie przypasowane do mnie i jestem ich docelowym odbiorcą. Gdy jest źle to wiadomo do kogo się odezwać i pomoże. W różnej formie ale pomoże, musimy tylko to odczytać i być cierpliwi.

Moje podejście zmienia się przy okazji jakiegoś strzału od życia. Oby nigdy więcej takich jakiego doświadczyłem ostatnio, bo mogło być różnie. Liczę i pragnę abym odnalazł go na nowo tak po prostu, z potrzeby szczęśliwego serca a nie jak zazwyczaj poszukującego pocieszenia i wsparcia. Już jakoś tak jest, że łatwiej nam przychodzi proszenie, niż dziekowanie za każdą drobną rzecz, której doświadczamy i nas raduje. Może czasem wystarczy słowo ‚dziekuję’ wypowiedziane szczerze z głębi duszy bez zbędnego rzeźbienia poematów i rozprawek.

I jakie jest to życiowe, że tyczy się naszych relacji z drugą osobą. Czy jesteśmy w stanie tak po prostu powiedzieć komuś, że dziękujemy za obecność, że mamy ją we własnej świadomości, czujemy i wiemy o nieustannej obecności tej osoby w naszym życiu? Czy musimy czegoś doświadczyć, żeby sobie przypomnieć. Przypomnieć sobie gdy nam pomoże? To zupełnie tak samo…

Wszystkiego dobrego, M.

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij